Osiedle Piastowskie - Aleja Kromera / Krzywoustego Wrocław
Forum osiedla Piastowskiego wybudowanego przez GEO Mieszkanie i Dom

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy    StatystykiStatystyki
Szybka rejestracjaSzybka rejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat  DownloadDownload

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
R
Zaginione polskie plemiona, czarni polacy?
Autor Wiadomość
Haiti
Całkiem nowy

Dołączył: 01 Kwi 2010
Posty: 1
Poziom: 1
HP: 0/18
 0%
MP: 8/8
 100%
EXP: 0/9
 0%
Wysłany: 01-04-2010   Zaginione polskie plemiona, czarni polacy?

Wszyscy wiemy: Polacy mieszkają na zachodniej Ukrainie, na Białorusi, Litwie, w Kazachstanie. Wiadomo: Polonia ma się dobrze w chicagowskim Jackowie i nowojorskim Greenpoincie. Wiemy też, że tanie linie lotnicze łączące Wyspy Brytyjskie z krajem zamieniają się powoli w osobowy relacji Warszawa - Otwock czy Kraków - Miechów.

Istnieją jednak miejsca, często egzotyczne, o których - jak można sądzić - polska zbiorowa świadomość zapomniała, o ile w ogóle kiedykolwiek o nich pamiętała. Mieszkający tam Polacy zazwyczaj pamiętają o swoich korzeniach. Niektórzy z nich mówią literacką polszczyzną, niektórzy - powoli roztapiają się w kulturze autochtonów. Niektórzy mają czarną skórę, kręcone włosy i - błękitne oczy.

Opowiedzmy o kilku z takich miejsc.

Polonezkoy

Najpierw trzeba dojechać do samego końca Europy, do Stambułu. Z krajobrazu znikną katedry i kościoły, a pojawią się masywne, rozsiadłe kopuły meczetów, otoczone przez wyglądające, jakby miały wzbić się w niebo minarety.

Trzeba wsiąść na prom i przepłynąć Bosfor, by znaleźć się po azjatyckiej stronie. Tam, pośród kłębiącego się tłumu i nawoływań bazarowych sprzedawców, trzeba złapać "dolmusz" - turecką wieloosobową taksówkę. Potem jeszcze jeden, potem autobus. Dojedziemy w końcu do położonej w azjatyckiej części Turcji polskiej wsi.

Kiedyś nazywała się Adampol, od inicjatora jej założenia - Adama Jerzego księcia Czartoryskiego. Przywódca "Hotelu Lambert" chciał wesprzeć tułających się po Turcji uczestników zdławionego powstania listopadowego. Nakazał przedstawicielowi "Hotelu" - Michałowi Czajkowskiemu - wykupić ziemię niedaleko Bosforu i osiedlić tam Polaków. Być może planował sformować z mieszkańców Adampola polski legion w Turcji. Osadnicy zajmowali się rolnictwem i hodowlą. Ktokolwiek trafił do tej zagubionej pośród nabosforskich wzgórz osady, mógłby przysiąc, że znalazł się w starym kraju. Tylko klimat był przyjemniejszy.

"Ojczyzną naszą jest Polska, a Adampol to Polska z jej tradycjami na ziemi tureckiej" - to słowa adampolanki Zofii Ryży, zmarłej w 1986 roku działaczki kulturalnej. Pani Ryży aktywnie wspierała podtrzymywanie polskiego charakteru wsi, przypominała o Adampolu w Polsce, do której często jeździła opowiadać o "małej Rzeczpospolitej nad Bosforem".

O ile Adampol był ważną i istotną polską kolonią wtedy, kiedy Polski nie było, o tyle w latach pięćdziesiątych XX w. zaczął stopniowo tracić swój polski charakter. Dawniej osiedlali się w nim Polacy z emigracji, zjeżdżali syberyjscy zesłańcy, osada była "żywą częścią kraju, który nie istniał".

W międzywojniu Adampol stał się w Polsce popularny. Wysyłano tam dary, jeżdżono na wczasy. Turcja była przyjaznym Polakom miejscem, ale asymilacji nie dało się powstrzymać. Mieszkańcy polskiej wsi otrzymali w 1938 roku obywatelstwo tureckie. W czasie II wojny światowej Turcja, której zależało na neutralności, odebrała Adampolowi polski sztandar, przechowywany jak relikwię. W latach pięćdziesiątych zaczęli osiedlać się tam anatolijscy Turcy. Odkryto turystyczne zalety położonej w przyjemnym krajobrazie Polskiej Wsi - po turecku Polonezkoy. Ta właśnie nazwa stała się w końcu obowiązująca.

Dziś po polsku mówią tylko ludzie starsi i te osoby, którym szczególnie zależy na pielęgnowaniu polskich tradycji. Większość ludności stanowią już Turcy. Adampol traci swoją polskość. Tylko na wójta wybiera się tradycyjnie Polaka.

Bukowińczycy

Bukowińskie, zielone góry, północna Rumunia. Przed drewnianymi domami o niesamowitej, ludowej architekturze siadują kobiety w haftowanych, tradycyjnych sukniach i wąsaci mężczyźni w kapeluszach. Czasem wstaną i przejdą kawałek, niedaleko, powoli. Życie, jak się wydaje, nie płynie tu, a stoi gęstą kałużą.

Bezasfaltowe często drogi prowadzą do wiosek o rumuńskich nazwach: Cacica, Poliana Micului, Maidan, Plesa i Solonetu Nou. Wszystkie te nazwy jednak w ustach lokalnych mieszkańców brzmią o wiele bardziej swojsko: Kaczyka, Pojana Mikuli, Majdan. Plesza i Nowy Sołoniec.

Zamieszkujący tam ludzie to potomkowie podtatrzańskich pasterzy i małopolskich gwarków: górników z kopalni soli w Bochni i Wieliczce. W XIX wieku rumuńska Bukowina stała się częścią monarchii Austro-Węgierskiej. Cesarz Austrii i król Węgier, Franciszek Józef I, panował też nad Galicją: do nowych prowincji imperium ciągnęli spod Krakowa, Tarnowa i Lwowa osadnicy.

We wsiach działały polskie parafie i "domy polskie" - placówki kulturalne i oświatowe. Dr Mieczysław Orłowicz w swoim "Przewodniku po Europie" wydanym w 1914 roku pisze, że "Bukowinę można przejść wzdłuż i wszerz, wszędzie napotykając na polskie ślady". Później, kiedy c.k. Cesarstwo upadło i Rumunia stała się niepodległym państwem, z nieodległego, polskiego wtedy Stanisławowa, przyjeżdżali letnicy. Po 1945 roku Polska cofnęła się daleko od Bukowiny, a kontakty osłabły. Za rządzącego Rumunią Ceaucescu uschły wręcz i zamarły. Po rumuńskiej rewolucji odżyły jednak na nowo. Obecnie polskie wsie są mekką polskich językoznawców, studentów i plecakowców, którzy wykorzystują Dom Polski w Sołońcu jako bazę wypadową w bukowinskie góry lub do okolicznych malowanych monastyrów.

Ludzie rumuński znają, ale na ulicach, w sklepach i domach brzmi polski. Słucha się go niesamowicie: bywa archaiczny, slawizuje rumuńskie naleciałości. Dom to zawsze chałupa, wódka - to cujka.

Profesor Ewa Rzetelska-Feleszko z instytutu slawistyki PAN pisze, że w wielokulturowym środowisku, w którym współżyli ze sobą Polacy, Rusini, Rumuni, Niemcy i Żydzi, języki nakładały się na siebie. Dobre wychowanie nakazywało rozpoczynanie rozmowy z obcojęzycznym sąsiadem w jego własnym języku. W ten sposób tworzyła się wspólna warstwa językowa.

W Pojanie Mikuli asfaltu nie ma, tak samo w Majdanie, ale w Sołońcu - jest. Jakiś czas temu do tamtejszego Domu Polskiego jechał ówczesny prezydent - Aleksander Kwaśniewski. Lał deszcz. W roztaplanych drogach grzęzły unurzane w błocie czarne limuzyny, kierowcy zarzynali silniki.

Dzięku ubłoconemu prezydentowi dość szybko zdecydowano, i to na najwyższym szczeblu, że w zamian za redukcję zadłużenia wobec Polski, Rumunia położy tam drogę. Teraz do wsi prowadzi z Kaczyki wygodna szosa z betonowych płyt. Pod samym Domem Polskim stoi tablica, na której czytamy, że "troską i wolą prezidentów Rumunii Iona Iliescu i Polski Aleksandra Kwaśniewskiego" drogę położono.

Ludzie żyją spokojnie, na jedno ponarzekają, co innego pochwalą. Dzieci tańczą w polskich zespołach, jeżdżą do Polski na konkursy i przeglądy. Działa szkoła im. Henryka Sienkiewicza w której, jak mówią mieszkańcy, dzieci uczą się pięknej, "pańskiej" polszczyzny.

Czarni Polacy

Na przełomie XVIII i XIX wieku na Haiti - najbogatszej francuskiej kolonii - wybuchło powstanie czarnych niewolników. Niewolnicy znali przesłanie Wielkiej Rewolucji, która dokonała się w metropolii, i również zapragnęli zostać wolnymi obywatelami. Napoleon Bonaparte miał na tę sprawę inny pogląd. Wysłał na Haiti 6000 Polaków z Legionów Polskich, rozkazując im zapędzić Czarnych z powrotem do pracy. Liberte, Fraternite, Egalite działać miały tylko w Starym Świecie.

Polacy znaleźli się w zupełnie obcym dla siebie środowisku. Dziesiątkowały ich tropikalne choroby, ginęli zabijani przez tubylców. Byli na wojnie, która ich nie dotyczyła, w której nie mieli ochoty walczyć i w której słuszność wątpili. Wpadali w alkoholizm, depresję, popełniali samobójstwa. Uciekali do kraju. Niektórzy zostali piratami na morzu Karaibskim.

Część z nich zaczęła sympatyzować ze sprawą Haitańczyków, którzy zaczęli zdobywać w wojnie wyraźną przewagę. Ich walką kierował wyzwoleniec, "czarny generał", Toussaint L'Ouverture. Polscy legioniści, ci, którzy pozostali przy życiu, masowo przechodzili na stronę L'Ouverture'a. Teraz nie było już wyjścia - zdezerterowali z francuskiej armii. Trzeba było bić się z niedawnymi sojusznikami na śmierć i życie. W ten sposób wielu z nich na zawsze związała się z Haiti. Żenili się z Haitankami, mieli dzieci.

Po wojnie, którą Haitańczycy zwyciężyli, wielu Polaków pozostało przy swych czarnych rodzinach. Żyli w zagubionych w tropikach wioskach, brali udział w ludowych rytuałach voodoo: wrastali w kraj. Ich mundury, a zwłaszcza czaka, przechodziły z pokolenia na pokolenia jako rodowe relikwie. Jedno z głównych wyobrażeń loa (bóstw) voodoo - przedstawiające Erzulie, identyfikowaną z Matką Boską - przypomina do złudzenia częstochowską Czarną Madonnę. Mówi się, że wizerunek ten przywieźli polscy legioniści.

Na początku XX wieku Haiti okupowane było przez wojska USA. Do rozstrzygania sporów lokalnej ludności wyznaczono oficera marines z Pensylwanii - Faustina Wirkusa. Wirkus, syn polskiego górnika, trafił pomiędzy murzyńskie ludy, których języka i obyczajów nie znał i nie rozumiał. Wpadał w czarną depresję - on, administrator, który nie miał zielonego pojęcia o co chodzi administrowanym. Kombinował, jak mógł, żeby wyjść z twarzą z powierzonego mu zadania. Któregoś dnia usłyszał znajome słowa.

- Psiakrew - mówił Murzyn do Murzyna. - Do jasnej cholery.

Kiedy Wirkus ogłosił, że również jest Polakiem, społeczność uznała, że zstąpił między nich zbawiciel.

Potomkowie legionistów; Czarni noszący często polskie nazwiska - obwołali Wirkusa królem. Dziwacznym zbiegiem okoliczności, jeden z poprzednich lokalnych władców również miał na imię Faustin. Uznano to za omen. Wirkus ożenił się z potomkinią dawnych władców, i, jako Faustyn II, rządził swoim ludem. Polak potrafi.

Nie musiał już obawiać się niezrozumienia. Pomagały mu murzyńskie zauszniczki (a prawdopodobnie również kochanki) o nazwiskach brzmiących swojsko - Maria Korzel i Andrea Rybak.

Po kilku latach US Marines upomniało się o swego oficera. Wysłani do wirkusowego królestwa agenci wytłumaczyli Faustynowi II, że w XX wieku nie wypada mieć haremu, że królowanie nie jest do końca zgodne ze wojskowym regulaminem, oraz, że i tak ma szczęście, że nie zostanie rozstrzelany jako dezerter. Wirkus z żalem porzucił swoje władztwo. Powrócił do Stanów, gdzie został agentem ubezpieczeniowym. O swoich przygodach napisał książkę pt. "Biały król Gonave".

Włoski dziennikarz i podróżnik, Riccardo Orizio, w jednym z rozdziałów swej książki pt. "The Lost White Tribes", opisał społeczność potomków haitańskich Polaków. Są to ludzie żyjący w skrajnej często nędzy, w zacofanych wsiach, bez kanalizacji, prądu, wody. Na ścianach ich skleconych z każdej możliwej materii domach wiszą podobno wykonane przez nich samych biało-czerwone flagi.

Nie mówią po polsku. Najwyżej parę słów. Noszą polsko brzmiące nazwiska. Podobno miewają błękitne oczy. Podobno, jeśli się przyjrzeć, można dostrzec słowiańskie rysy w ich twarzach. Kiedy w 1983 roku na Haiti przyjechał Jan Paweł II, uznali to za boży znak i oczekiwali cudownej poprawy swojego losu. Podobno żona urzędującego prezydenta Haiti uważa się za Polkę. Jeden z przedstawicieli haitańskiej Polonii w latach osiemdziesiątych odwiedził kraj, o który dwieście lat wcześniej bili się we francuskich mundurach jego przodkowie. Trudno było to wszystko pojąć. Polacy z włoskiego legionu walczyli o swój kraj przebrani za Francuzów, strzelając do czarnych Haitańczyków.

Jakiś czas temu reportaż z wioski Casales, w której żyją potomkowie Polaków, nadała telewizyjna wersja "Frondy". W 2006 roku reportaż o nich, pod tytułem "Les Polonais", nakręcił Marian Kutiak.

Wierszyna

Do Wierszyny najlepiej dojechać z Irkucka. Koleją, a potem syberyjską drogą, która staje się po jakimś czasie gruntówką. Wyboistą i wysuszoną kiedy grzeje słońce, a zmieniającą się w długie, wąskie błotniste bajoro, kiedy pada deszcz. Krajobraz przypomina Bukowinę w wersji light: soczysta zieleń i unosząca się nad ziemią wilgoć i melancholia wydają się podobne. Tylko pagórki trochę niższe.

Mieszkańcy Wierszyny to nie zesłańcy sybirscy. Osiedlili się tu dobrowolnie na początku XX wieku. Carska Rosja mamiła obietnicami fortun, wielkich gospodarstw. Wtedy wszyscy wyjeżdżali, ze wszystkich zaborów. Nędza aż trzaskała, przyginała do ziemi, ludzie uciekali. Do USA, do Brazylii i Argentyny. A ich przodkowie - na Syberię. Ktoś mógłby cynicznie powiedzieć, że mogli wybrać trochę lepiej. Ale Wierszynianie kochają swoje okolice.

W ostatnich latach wielu podróżników z Polski dociera do Wierszyny. Jakiś czas temu jeszcze, krótko po upadku ZSRR, każdy Polak ze starego kraju traktowany był tam jak przybysz z innej rzeczywistości. Tej mitycznej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie jak legenda i - jak wielu mogłoby podejrzewać - równie prawdziwej.

Obecnie niektóre polskie firmy turystyczne organizują wycieczki do Wierszyny w ramach zwiedzania regionów nadbajkalskich. Co jakiś czas pojawiają się polscy offroadowcy przemierzający Rosję w ubłoconych terenówkach. Czasem przejedzie szpaler motocyklistów z polskimi flagami zatkniętymi za tylnymi siedzeniami chopperów, jak w Easy Riderze. Czasem jakiś obity ził wypluje z siebie parę polskich studentów - autostopowiczów, i pokołacze się dalej. Polacy z Rzeczpospolitej powszednieją w Wierszynie. Porobią zdjęcia, pogadają z ludźmi, ponagrywają dialekt na telefony komórkowe czy empetrójki, i pojadą dalej. Choć tak naprawdę nadal - kiedy tylko na szerokiej, błotnej drodze pojawią się postaci z plecakami, w wojskowych spodniach i trekkingowych butach - hyr idzie po wiosce. Kobiety zawiązują pod brodą chustki, mężczyźni przyczesują włosy - i wychodzą na ulicę: obejrzeć, postać, pokomentować, czasem do domu zaprosić. Miło.

W większości pochodzą z biednych wsi z rosyjskiej wówczas części Małopolski i Zagłębia: spod Olkusza, Błędowa, Zawiercia. Do tej pory czuć to w ich gwarze, mimo, że to już któreś z kolei pokolenie.

Wierszyna jest drewniana. Błotnisto - trawiastą przestrzeń tną na kawały gęste płoty. Domy są drewniane, drewniany jest kościółek, do którego co jakiś czas przyjeżdża duchowny z Irkucka, który podobno lubi sobie pośpiewać. Nie ma telefonów. Ludzie pracują w Irkucku, albo w okolicznych lasach, przy wyrębie.

Co do języka polskiego - relacje są sprzeczne. Na pewno mówią nim ludzie starsi i w średnim wieku. Na pewno znają go wszyscy. Niektórzy donoszą jednak, że dzieci wolą mówić do siebie po rosyjsku. Inni - że wręcz przeciwnie, że bawiąc się - krzyczą po polsku.

Romuald Koperski - w swoim reportażu z Wierszyny - opowiada o napotkanym jeszcze przed wsią mężczyźnie.

- Kawaler, który idzie do domu panny, będzie mówił po polsku, żeby wydać się bardziej eleganckim i bywałym. - cytuje Koperski mężczyznę. - I z takim językiem go przyjmą.

W opowieściach osób, które tam dotarły Wierszyna jawi się jako połączenie śmiertelnej nudy i raju. To wcale nie jest sprzeczność. Nuda - to cisza, nieruchomość, wszechobecna zieleń i wszechobecne drewno. Raj - w sumie to samo. Jedno płynnie przechodzi w drugie.

Ziemowit Szczerek, interia.pl

http://www.chrzescijanin2...ult-voodoo.html
http://uzar.wordpress.com...tribe-on-haiti/
http://tribudragon.blogsp...-wyznawcow.html
http://pokazywarka.pl/polacy-haiti/
 
     
Doradca
 

..


Dołączył: 27 Lis 2006
Posty: 25
Poziom: 3
HP: 1/44
 3%
MP: 21/21
 100%
EXP: 7/9
 77%





Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku


Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group            nic
Strona wygenerowana w 0,29 sekundy. Zapytań do SQL: 10